Emoji, czyli czyje są nasze litery

„Jeżeli ktoś wyśle ci bezsensowne emoji, musisz odpowiedzieć, wysyłając jeszcze bardziej bezsensowny zestaw, aż w końcu ktoś pęknie. Co powiesz na ducha (👻), wyciąg narciarski (🚡) i szwedzką flagę (🇸🇪)?” – poucza starszą siostrę Alex, jeden z bohaterów serialu One Day at a Time. Choć w tej scenie emoji przedstawiono jako domenę najmłodszego pokolenia, to charakterystyczne piktogramy stały się codziennością wszystkich, także starszych, użytkowników sieci i smartfonów.

Emoji nie są też bezsensowne: każda ikonka ma dokładne wyjaśnienie, specjaliści od tematu badają ich uzus i konteksty, w jakich się pojawiają. Słowem roku 2015 według słownika oksfordzkiego zostało z kolei emoji „😂”, czyli „Face with Tears of Joy”, a w oficjalnym komunikacie podano, że „Dziś wszyscy przyzwyczailiśmy się, że emoji to skrótowy sposób, by przekazywać nasze myśli, uczucia i reakcje”. W roku 2017 ukazał się The Emoji Movie[1], a wątki związane z kolorowymi ikonkami pojawiają się w licznych dziełach popkultury, np. w Samuraju Jacku, Doktorze Who czy w bardzo ciekawym kryminalno-detektywistycznym wydaniu w American Vandal.

Często z emoji korzystamy nieświadomie. Nie wiemy, skąd się wzięły, jak działają i jak to się stało, że stały się globalnym i powszechnym sposobem na wyrażanie uczuć. Warto jednak przyjrzeć się ich historii, bo mówi ona sporo o naszym świecie.

One Day at a Time
One Day at a Time (S02E12)

Krótka historia emoji

Większość źródeł jako twórcę emoji podaje Shigetaka Kuritę, projektanta zatrudnionego wówczas w telekomunikacyjnej firmie Docomo. Na potrzeby uruchomionej w 1999 roku usługi i-mode (internet mobilny) przygotował zestaw 176 ikonek (każda na siatce 12×12 pikseli). Przedstawiały między innymi stany pogody, znaki zodiaku, pojazdy czy atrybuty sportowe. W 2016 roku oryginalny projekt Kurity trafił do The Museum of Modern Art w Nowym Jorku (można go zobaczyć tutaj).

Usługa Docomo zdobyła dużą popularność – zapewne dlatego dopiero niedawno zakwestionowano 1999 rok jako początek emoji. Już bowiem dwa lata wcześniej firma Softbank wypuściła na rynek model telefonu komórkowego DP-211SW, na którym znajdował się zestaw 90 piktogramów. W tym – co dla historii emoji nie jest bez znaczenia – ikona przedstawiająca „pile of poo”, czyli „💩”. Od kupy, którą znamy bardzo dobrze dziś, różnią ją przede wszystkim kreski symbolizujące smród. Trzeba tez powiedzieć, że zestaw zaprojektowany przez Kuritę, mimo wszystkich ograniczeń technicznych, wygląda lepiej od propozycji Softbanku.

Pile of Poo emoji Softbank
Oryginalne i bardziej śmierdzące (ale równie uśmiechnięte) „pile of poo”

Dużo jednak ważniejsze od dokładnej daty (można też podać rok 1995, kiedy to w pagerach Pocket Bell pojawił się symbol serca), jest miejsce, w którym emoji się narodziło, czyli Japonia. Po pierwsze, ze względów estetycznych: wygląd piktogramów nawiązuje do mangi i tamtejszego liternictwa. Obecnie także wiele emoji (w stosunku do innych krajów) odnosi się do japońskiej kultury. Polacy jak na razie muszą zadowolić się flagą 🇵🇱 i pierogiem 🥟, którego dodatkowo musimy dzielić z empanadas i dalekowschodnimi pierożkami.

Po drugie ze względu na język. Japoński, zwłaszcza pisany, charakteryzuje rozwlekłość oraz liczne zwroty grzecznościowe. Znaczenie wielu wyrażeń zmienia się także w zależności od kontekstu wypowiedzi i tonu głosu. Szybka komunikacja elektroniczna pozbawiła Japończyków tych środków wyrazów, co mogło prowadzić do nieporozumień i zubożenia języka. Podobne zjawiska, choć nie na taką skalę, zachodzą także w językach takich jak polski czy angielski. Stąd chociażby nieudane próby stworzenia znaku interpunkcyjnego dla ironii.

Proponowany znak ironii
Proponowany znak ironii, czyli odwrócony pytajnik. Znak trafił do unikodu (więcej o tym niżej), jednak niewiele krojów go posiada. Tutaj wariant w Times New Roman.

Na marginesie warto dodać, że sama nazwa „emoji” także pochodzi z języka japońskiego i oznacza mniej więcej „piktogram”. Podobieństwo fonetyczne do „emocji” i pokrewnych „emotikon” jest całkowicie przypadkowe.

Nie tylko emoji

Przy okazji emotikon trzeba wspomnieć o alternatywnych wobec emoji rozwiązaniach. Emotikony są dużo starsze niż emoji, ich śladów można doszukać się już w XIX wieku. Choć pełnią taką samą funkcję, to powstają przez wykorzystanie istniejących znaków typograficznych, a nie są przygotowanymi przez projektanta piktogramami. Stąd też ich wygląd zależy w dużym stopniu od użytkownika. Istnieje co prawda zestaw powszechnie używanych emotikon, jednak nie jest on w żaden sposób ograniczony i tylko od kreatywności użytkowników języka zależy, czy powstaną nowe zestawienia znaków. Na przykład wśród miłośników japońskiej kultury powstały kaomoji, czyli emotikony wykorzystujące typograficzne znaki z pisma japońskiego, co znacznie poszerzyło ograniczone możliwości alfabetów łacińskich i zachodniej interpunkcji.

Przykłady kaomoji.
Przykłady kaomoji.

Według niektórych (np. Scotta Fahlmana, profesora informatyki, który jako pierwszy w 1982 roku użył emotikony „:-)” w wiadomości e-mail) przewaga emotikon nad emoji polega też na ich wartości estetycznej. Miłośników typografii nie trzeba przekonywać, że emoji są wśród liter ciałem obcym, podczas gdy dwukropek, myślnik czy nawias zaprojektowano w danym foncie w taki sposób, by pasowały do reszty znaków. Oczywiście każdy ma własny gust, zmieniają też przyzwyczajenia, a emoji i emotikony spotykamy w świecie internetu, a nie w świecie profesjonalnie projektowanych publikacji, w których z pietyzmem ustala się parametry mikrotypograficzne. Trudno nam wyobrazić sobie emoji w powieści czy reportażu, ale trudno też wyobrazić sobie Facebooka czy Instagrama bez emoji. Minimalistyczne layouty social mediów prowokują nas do zapełniania ich kolorowymi ikonkami, a według specjalistów użytkownicy chętniej klikają w treści je wykorzystujące.

Premiera Zapf Dingbats odbyła się na łamach kultowego typograficznego czasopisma „U&Lc” (Numer 5–2).

Nie można też zapomnieć o zasługach Hermanna Zapfa, czyli jednego z najwybitniejszych typografów XX wieku (polecam m.in. artykuł Roberta Chwałowskiego o jego roli w rozwoju składu komputerowego). Autor takich typograficznych klasyków jak Optima czy Palatino w 1978 roku stworzył krój Zapf Dingbats, składający się z 360 glifów: ornamentów, symboli i ikonek, nieposiadający jednak żadnych liter czy cyfr. Użytkownicy Windowsa mogą z kolei kojarzyć takie kroje jak Webdings oraz Wingdings, które również składały się wyłącznie z piktogramów, jednak to krój Zapfa zdobył największą sławę. Oczywiście piktogramy pojawiały się w typografii już wcześniej – chociażby słynna, wywodząca się jeszcze ze średniowiecza rączka (☞), o której można przeczytać tutaj oraz w książce Keitha Houstona Ciemne typki (tłum. M. Komorowska, Kraków 2017). Jednak korzystać z takich rozwiązań mogli tylko ci, którzy mieli daną czcionkę lub font, co sprawiało, że nie mogły działać jako uniwersalny system.

Zapf Dingbats
David Carson odpowiedzialny za szatę graficzną alternatywnego czasopisma muzycznego „Ray Gun” użył w 1994 roku do złożenia wywiadu z Bryanem Ferrym Zapf Dingbats. Tekst stał się rodzajem nieczytelnej zagadki. Carson zdecydował się na taki krok, bo uznał, że wywiad jest wyjątkowo nudny,

Unikod…

Dziś emoji działa na większości systemów operacyjnych i to odróżnia je od specjalnie zaprojektowana fontu. Choć na poszczególnych platformach piktogramy wyglądają trochę inaczej, to 🍅 zawsze przedstawia pomidora. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie unikod[2].

Czym w skrócie jest unikod? To standard cyfrowego kodowania znaków, który ma na celu objąć wszystkie alfabety. Bez wchodzenia w techniczne szczegóły, dzięki niemu komputery wiedzą, jak dany ciąg zer i jedynek przekonwertować na dany znak: literę, cyfrę, znak interpunkcyjny czy emoji. I wszystkie komputery na świecie mogą ten ciąg zinterpretować w taki sam sposób.

Jeżeli zdarzyło się wam kilkanaście lat temu, otworzyć plik tekstowy zapisany na innym komputerze i zamiast sensowego tekstu zobaczyć efekt podobny do wspominanego wyżej wywiadu z Bryanem Ferrym to wielce prawdopodobnie napotkaliście na problem z kodowaniem znaków. Wraz z rozwojem internetu i postępującą cyfryzacją codziennej pracy w wielu branżach stworzenie jednolitego standardu, który obejmie także znaki spoza angielskiego alfabetu (np. polskie diakrytyki, ale też inne alfabety), stało się koniecznością.

Unikod obejmuje też pisma historyczne, które wyszły z użycia, co nie jest bez znaczenia, jeśli chodzi o zachowanie dziedzictwa ludzkości (i jego udostępnienie dla wszystkich zainteresowanych w cyfrowej formie) oraz dalsze badania historyczne czy językoznawcze. Obecnie udało się zakodować 150 pism, ale wiele ciągle pozostaje poza systemem. Mamy na przykład problemy z dawną polszczyzną – pisze o nich chociażby Janusz S. Bień w artykule na łamach „Acta Poligraphica”.

Nowy karakter polski – jak zapisać go dziś?
Nowy karakter polski – jak zapisać go dziś?

Wersja 1.0 unikodu zadebiutowała w roku 1991, kolejne pojawiały się co kilka lat, rozbudowane o nowe zestawy znaków. Przyspieszenie nastąpiło w roku 2010 i od tego czasu prawie co roku otrzymujemy aktualizację. 10 marca 2020 roku zadebiutuje 13 wersja unikodu.

Co zmieniło się w 2010 roku? Do standardu dołączono emoji. Dziś nagłówek strony internetowej konsorcjum zarządzającego unikodem brzmi: „Światowy standard dla tekstu i emoji”. Emoji nie są dziś więc tylko śmiesznymi buźkami, które wysyłamy sobie na Facebooku, ale równym partnerem dla szacownych, posiadających kilkutysiącletnią historię liter.

Premierze każdej nowej wersji standardu towarzyszy publikacja. Tutaj bardzo ładna okładka 12 wersji.
Premierze każdej nowej wersji standardu towarzyszy publikacja. Tutaj bardzo ładna okładka 12 wersji.

… i Unicode

Unikod nie powstał jednak sam z siebie. Za jego powstanie odpowiada wspomniane Unicode Consortium, organizacja non-profit z siedzibą w Dolinie Krzemowej. Pierwszą wersję unikodu opracowali Joe Becker, Lee Collins oraz Mark Davis, którzy pracowali wówczas w Xeroxie i Apple.

Dziś członkami konsorcjum są m.in. Google, Facebook, IBM, Apple, Netflix, Microsoft, Huawei, i wiele innych korporacji związanych z nowoczesnymi technologiami. Trudno wskazać liczącą się globalnie firmę z tego sektora, która nie ma wpływu na decyzje podejmowane przez Unicode. Branżę typograficzną reprezentuje Monotype, czyli największy obecnie dystrybutor cyfrowych fontów (właściciel myfonts.com). Pełne członkostwo (z prawem głosu) dla dużej prywatnej firmy w Unicode to koszt 21 tysięcy dolarów rocznie.

Pewną przeciwwagę dla gigantów IT, dla których takie pieniądze nie robią wrażenia, stanowią organizacje rządowe i publiczne. Dla nich koszty członkostwa są niższe, ale mimo to jest ich niewiele. Są to np. rządy Indii, Bangladeszu czy Omanu, w których interesie jest dbanie o pisma używane w tych krajach, a niekoniecznie będące w centrum zainteresowania w Dolinie Krzemowej. Unicode zaprosił do współpracy sporo instytucji publicznych z całego świata, jednak bez prawa głosu (Liaison Member).

Jedyną instytucją edukacyjną z prawem głosu jest Wydział Lingwistyki Uniwersytetu Berkeley. Co ciekawe tam właśnie powstała SEI (Script Encoding Initiative), która działa na rzecz poszerzenia unikodu o brakujące alfabety. Obecnie czeka na to ponad 100 pism, głównie spoza europejsko-amerykańskiego kręgu kulturowego. Warto zwrócić uwagę na proporcje: w 12 wersji unikodu do standardu dodano cztery nowe pisma (dla dwóch współczesnych i dwóch historycznych języków) składające się z 218 znaków oraz 230 nowych emoji. Oczywiście prace nad antycznym alfabtem są na pewno trudniejsze od dodania piktogramu przedstawiającego czerwony kwadrat (przyda się w facebookowych dyskusjach na temat Mondriana), jednak te liczby wskazują, co jest obecnie dla Unicode priorytetem. „Emojigeddon” – komentowały rozwój unikodu niektóre media.

Non-profit?

W sytuacji, gdy konsorcjum Unicode rządzą największe firmy świata, a większość instytucji publicznych ze względów finansowych nie może sobie pozwolić na członkostwo w nim, trudno mówić, żeby działało ono non-profit[3]. Decyzja, żeby unikod zawierał emoji, nie zapadła ze względu na oddolne naciski użytkowników, którzy się tego domagali, lecz wymusiły je korporacje wchodzące w skład konsorcjum.

W Japonii emoji wraz z usługą i-mode zrobiły się bardzo popularne, jednak brak kompatybilności między modelami telefonów komplikował sprawę. Standaryzacja w ramach unikodu rozwiązałaby ten problem. Jako pierwszy za tym rozwiązaniem lobbował Google, jednak jego konkurenci szybko dołączyli do krucjaty na rzecz emoji. Już w 2009 roku postanowiono, że początkowego zestawu 722 piktogramów będzie można używać bez kłopotów na całym świecie.

Firmy IT mogły zarobić na sprzedaży kolejnych telefonów, aplikacji i komputerów. Jednak powszechne stosowanie emoji przez użytkowników można przekuć też na mniej wymierne, lecz coraz bardziej liczące się w biznesie, wartości. Emocje, które komunikujemy za pomocą zestandaryzowanych ikonek, stały się formą big data. Korporacjom dużo łatwiej mierzyć nasze reakcje, opinie i nastroje. Dużo prościej je analizować od tradycyjnych komunikatów językowych. Gdy Facebook, zrezygnował z jednego „Lubię to” na rzecz sześciu różnych inspirowanych emoji reakcji, szedł tą samą drogą.

Bakłażan, brzoskwinia i hotel miłości

Jednocześnie wraz ze standaryzacją emoji ustandaryzowano nasze emocje – każdy piktogram ma swoją nazwę oraz opis tłumaczący jego znaczenie (choć nierzadko użytkownicy stosują je wbrew pierwotnemu znaczeniu lub zupełnie nieświadomie). O tym, co będziemy mogli zakomunikować za pomocą emoji, decyduje Unicode, czyli pośrednio Google, Facebook, Apple i inne korporacje IT.

Dobór dostępnych emoji budzi duże kontrowersje. Problematyczna jest chociażby kwestia reprezentacji mniejszości. Przykładowo przez lata nie można było wysłać emoji przedstawiającego człowieka z czarnym kolorem skóry. Poruszano także sprawę płci i orientacji seksualnej. Dopiero duża aktualizacja listy emoji w 2019 roku sprawiła, że zamiast jednej rodziny, składającej się z ojca, matki i syna, mamy do wyboru ponad 200 kombinacji różniących się liczebnością, kolorami skóry i płcią członków rodziny.

Niektórzy jednak zastanawiają się, na ile ta strategia faktycznie ma sens. Pojawiły się zarzuty, że zmiana koloru skóry emoji nie sprawia, że dany obrazek staje się „czarny”, a jest to tylko „kolorowanie” i zakładanie maski, kojarzące się z rasistowskimi przedstawieniami (blackface). Możemy wybrać sześć odcieni skóry emoji przedstawiających księżniczkę, lecz każda z nich odnosi się bezpośrednio do europejskich wyobrażeń na temat tego, jak księżniczka powinna wyglądać.

Na przykładzie rodzinnej emoji widać też, że tworzenie kolejnych wariantów na przedstawienie tego samego pojęcia sprawia, że system robi się skrajnie skomplikowany i rozbudowany. Nie jesteśmy w stanie stworzyć przedstawienia każdego możliwego modelu rodziny. Początkową siłą emoji była zdolność do kondensacji znaczeń i emocjonalnego dopełnienia tekstu, dosłowność dodawanych obecnie piktogramów stoi w sprzeczności z tym założeniem.

Ponadto Unicode stara się jak najbardziej unikać tematów wzbudzających wątpliwości natury etycznej. Nie znajdziemy więc na przykład erotycznych emoji, chociaż użytkownicy znaleźli sposób jak z tej pruderyjnej sytuacji wybrnąć. Na szczególną uwagę zasłużyły sobie emoji przedstawiające bakłażana i brzoskwinię, które powszechnie odnoszą się do penisa i pośladków. Na twitterze tylko kilka procent użyć „🍑” oznacza owoc, a około 30 procent ma bezpośrednie seksualne konotacje, a wśród wszystkich innych emoji towarzyszy jej najczęściej właśnie bakłażan.

Ciekawym wyjątkiem – choć piszę to z europejskiej perspektywy – jest „🏩”, czyli „love hotel” (hotel na godziny). Co ciekawe należy do unikodu już od roku 2010 (w pierwszej wersji zawierającej emoji) i trafił tam ze względu na japońskie pochodzenie. Jak wcześniej wspominałem, ze względu na historię emoji Japonię reprezentuje sporo piktogramów nawiązujących do tamtejszego kontekstu kulturowego, a hotele na godziny są tam po prostu bardzo powszechne (choć i w Polsce ostatnio o nich głośno z innych powodów…). Ze względu na podobieństwo użytkownicy często stosują to emoji, gdy mówią o szpitalu. Widać więc jak duży wpływ na interpretacje piktogramów mają pochodzenie, język i znajomość danej kultury.

Emoji zmaga się też z innym kontrowersyjnym tematem, czyli przemocą. W roku 2016 Apple zdecydowało się zmienić wygląd emoji przedstawiającego rewolwer i od tamtej pory stał się on pistoletem na wodę (🔫). Inne większe platformy też z czasem przyjęły to rozwiązanie i dziś opis tej ikonki podkreśla jej zabawkowy charakter. Co ciekawe, wcześniej doszło do kilku aresztowań na podstawie użycia pierwotnego emoji rewolweru. Spotkało to na przykład nastolatka z Brooklynu, który na Facebooku skierował lufę rewolweru w stronę emoji przedstawiającego policjanta.

Rozbrajanie emoji

Ta historia swoją drogą wskazuje na kilka innych problemów związanych z emoji. Przede wszystkim na to, jak ułatwiają one kontrolowanie i filtrowanie wypowiedzi w internecie. Mogą to wykorzystać marki, by sprzedać nam więcej produktów, ale dużo groźniejsze konsekwencje czekają w krajach, w których nie szanuje się wolności obywatelskich czy panuje cenzura. Trudno bronić niemądrego posta na Facebooku, który pokazuje, że emoji mimo starań Unicode’u może służyć do szerzenia nienawiści, ale czy może być on powodem aresztowania?

Biorąc pod uwagę wszystkie te kontrowersje, bardzo ciekawie przedstawiają się użycia emoji jako tworzywa artystycznego, które podważają ich korporacyjny i komunikacyjny charakter. Największy rozgłos zyskał Emoji dick, czyli tłumaczenie Moby Dicka za pomocą emoji z 2013 roku.

Emoji dick
Emoji dick

Fred Benenson, jego twórca, komentował: „Interesuje mnie, jak technologia wpływa na nasz język, komunikację i kulturę. Emoji w tej historii to punkt szczytowy albo całkowite dno. Wielka literatura przepuszczona przez taki filtr pozwoliła skonfrontować nasze obawy na temat przyszłości ludzkiej ekspresji.[…] Poza tym bardzo lubię emoji z wielorybem”. Niepozbawiony humoru (warto też zwrócić uwagę, że tytułowy „dick” kojarzy się dość wulgarnie) projekt przybrał postać fizycznej książki i trafił do Biblioteki Kongresu USA między półki z oryginalnymi wydaniami słynnej powieści Melville’a. Jeżeli naszą cywilizację czeka zagłada, będzie mógł pełnić funkcji nowego kamienia z Rosetty, gdyż obok każdego zdania zapisanego za pomocą emoji stoi źródłowe angielskie zdanie.

Co ciekawe to wyjątkowe tłumaczenie powstało dzięki innym zjawiskom związanym z kulturą cyfrową. Sfinansowała go internetowa kampania crowdfundingowa, a sam Benenson nie pokusił się o żmudne przekładanie każdego z ponad dziesięciu tysięcy zdań powieści. Zatrudnił do tego ośmiuset anonimowych Mechanicznych Turków, czyli pracowników serwisu Amazon Mechanical Turk, służącego do outsourcowania prostych, ale czasochłonnych zadań, których nie można zautomatyzować. Jak pisze Piotr Marecki autor (?) jedynej książki w języku polskim, która wykorzystała tę platformę: „Mechaniczny Turek to ucieleśnienie klęski człowieka, który najpierw budował maszyny, aby wykorzystywać je do własnych celów, a ostatecznie sam stał się ich wyrobnikiem”. Według Benensona stworzenie Emoji dicka zajęło prawie cztery miliony sekund. Nieprzypadkowo użył tak nieintuicyjnej i niecodziennej miary, która dodatkowo zwraca uwagę na kontrast między krótkością sekundy a ogromną liczbą. Podkreślił w ten sposób, że każdy z elektronicznych wyrobników pracował bardzo krótko, ale jest skrajnie odcięty i wyalienowany od efektu swojej pracy.

Luke Stark i Kate Crawford w artykule The Conservatism of Emoji wskazują na kilka innych przykładów takich subwersywnych działań. Ich szczególną uwagę zwróciły „tłumaczenia” tekstów mainstreamowych piosenek na język emoji. Niedostępny już dziś niestety fanowski teledysk do Drunk in Love Beyoncé oparty na piktogramach z systemu Apple’a pokazywał, że z łatwością opisują one świat amerykańskich celebrytów, paparazzi i imprez w stylu glamour (warto zobaczyć, jak wiele emoji odnosi się do pieniędzy), jednak nie mogą sobie poradzić z bardziej subtelnymi i skomplikowanymi tematami.

To, jak wcześniej wspomniałem, powoli się zmienia i Unicode stara się poszerzać zakres dostępnych emoji, np. w stronę ukazywania różnorodności. Pojawiły się piktogramy przedstawiające ludzi z niepełnosprawnościami, niektóre emoji powstają, by zwrócić uwagę na jakiś społeczny problem – pod koniec 2019 roku udostępniono emoji przedstawiające kroplę krwi, by przełamać tabu związane z menstruacją.

Czyje są emoji?

Na portalu Emojipedia, które jest oficjalnym członkiem Unicode Consortium, możemy przeczytać artykuł Jeremy’ego Burge’a pod tytułem Who owns emoji?. Powstał w 2017 roku związku z premierą filmu The Emoji Movie i dotyczy kwestii związanych z prawami autorskimi do nazwy „emoji” oraz samych ikonek jako projektów graficznych. O ile te drugie należą do danej korporacji, które je przygotowała (choć część z nich udostępnia swój zestaw na licencji open-source), to sama nazwa nie należy do nikogo, gdyż jest w języku japońskim zwykłym rzeczownikiem, tak jak „piktogram” albo „drzewo”.

Nie możemy jednak zignorować, że dla zwykłych użytkowników niewiele z tego wynika. Każdy piktogram musi być zaakceptowany przez Unicode, a to, jak one wyglądają, zależy od platformy, z której korzystamy. System kierowany przez kilka największych korporacji z Doliny Krzemowej całkowicie scentralizowano i zestandaryzowano. Konsorcjum, które kiedyś zajmowało się pismem, komunikacją i literami, dziś w dużo większym stopniu koncentruje się na emoji. I zdaje się, że te dwie sprawy zostały ze sobą na długie lata powiązane.

Wyjście poza ten system wydaje się dzisiaj niemożliwe. Wokół niego wybudowano bowiem mur, za którym czeka niezrozumienie, a same emoji przeniknęły do naszej kultury. Dobrze podsumowuje to jedna ze scen z serialu Brooklyn 9-9, którą można obejrzeć niżej. Jeżeli nie chcemy być zagubieni jak kapitan Holt, musimy w jakiś sposób oswoić emoji.


[1] W polskiej dystrybucji znany jako… Emotki. Film, co wskazuje, że sam termin „emoji” nie jest do końca przyswojony w polszczyźnie.

[2] Pisownię „unikod”, gdy mówimy o standardzie kodowania znaków, zaleca Rada Języka Polskiego. Kiedy z kolei mamy na myśli organizację, która odpowiada za jego powstanie, stosujemy nazwę własną „Unicode”. [2b] Ciekawym wyjątkiem od powszechności emoji są flagi państw, które nie wyświetlają się na Windowsie. Jeżeli czytasz ten tekst na komputerze z tym systemem, zamiast flag emoji, zobaczysz dwie literki złożone fontem Segoe UI.

[3] Na pewno jest non-profit dla członków odpowiedzialnych za czarną robotę. Według Maggie Shafer większość technicznych zadań związanych z kodowaniem znaków wykonują wolontariusze. Jedyną osobą, która pracuje w Unicode na stałe (ale nie na cały etat), jest kierownik biura. Tym bardziej wątpliwości budzi fakt, że tę pracę wykorzystuje się w dużym stopniu na dodawaniu kolejnych emoji.

Bibliografia

Podstawowe źródła na temat emoji

Oficjalna strona Unicode

Emojipedia – oficjalny członek Unicode

Bardzo dobre opracowanie tematu na angielskiej Wikipedii

Ciekawe artykuły o emoji

Abad-Santos A., Where emoji come from, vox.com, 2014.

Azhar H., How We Really Use The Peach, Blog Emojipedia, 2016.

Azhar H., The Resistance Will Be Emojified, Blog Emojipedia, 2017.

Burge J., Who Owns Emoji?, Blog Emojipedia, 2017.

Logan M., We’re All Using These Emoji Wrong, wired.com, 2015.

Lufkin B., Why there are so many Japanese emoji, BBC.com, 2018.

Shafer, M., Unicode: A story of corruption, connection, and smiling poo, 2015.

Stark L. , Crawford K., Conservatism of Emoji, 2014.

Sutton S. J., Emoji are becoming more inclusive, but not necessarily more representative, theconversation.com, 2019.

Tutt P., Apple’s new diverse emoji are even more problematic than before, washingtonpost.com, 2015.

Warzel Ch., Inside “Emojigeddon”: The Fight Over The Future Of The Unicode Consortium, BuzzFeed News, 2016.

Więcej o nieoczywistach znakach typograficznych

Houston K., Ciemne typki, tłum. M. Komorowska, Kraków 2015.

Grzegorz Fijas
Projektant, grafik, miłośnik typografii, a z wykształcenia polonista i edytor.