Perfekcja do lamusa?

Stanley Morison, Jan Tschichold, Eric Gill. Ale też Friedrich Hölderlin, Walter Benjamin i Hans-Georg Gadamer. Kerning, ligatury, wyskość x, ale też ideologia, etyka i Yin-Yang. Perfekcyjna maszyna do czytania to jeden z najciekawiej napisanych typograficznych „słowników”, ale czytanie go tylko dla stylistycznych i erudycyjnych popisów byłoby dla autora krzywdą, a dla odbiorcy stratą.

Określenie książki Rolanda Reußa mianem „słownika” jest oczywiście pewnym uproszczeniem wynikającym z jej konstrukcji (składa się ze wstępu oraz krótkich, uporządkowanych w kolejności alfabetycznej rozdziałów-haseł) i jakkolwiek spragniony wiedzy początkujący typograf odnajdzie tutaj sporo cennych praktycznych uwag, to całość stanowi raczej esej z wyraźnie zaznaczoną myślą przewodnią. Jest nią niepokój o obecny stan książki jako takiej, na który wpływa ekspansja mediów cyfrowych oraz warunki ekonomiczne, w jakich muszą funkcjonować wydawnictwa (zwłaszcza naukowe).

Te zaś autor zna bardzo dobrze, bowiem oprócz tego, że typografią zajmuje się praktycznie, to jest przede wszystkim naukowcem – germanistą, literaturoznawcą i, co mnie bardzo cieszy jako absolwenta edytorstwa, wydawcą naukowym (pracował między innymi nad dziełami Kafki). Niestety, ale w dyskusjach na temat książki, branży wydawniczej – nie tylko tej naukowej – czy wreszcie samej typografii (jako procesu projektowania) brakuje często takiego eksperckiego głosu. Sam Reuß zdaje się to zauważać i dosyć zgryźliwie sugeruje, że autorzy, którym nie zależy na odpowiedniej jakości ich książek (jako przedmiotów), prawdopodobnie nie mają także o swoim pisaniu zbyt dobrego zdania (s. 31). W ogólnym rozrachunku jakość ta obecnie przypomina według niego połowę XIX wieku, czyli czasy największego upadku czarnej sztuki, który sprowokował Williama Morrisa do wystąpienia przeciwko industrializacji dizajnu, jak dziś byśmy go nazwali. Jego następcy związani z prądem modernistycznym z uprzemysłowienia produkcji uczynili zaletę (co biorąc pod uwagę myśl Morrisa jest dość ironiczne), a dziś postęp techniczny znów mocno namieszał w branży wydawniczej.

W ogólnym rozrachunku jakość obecnej produkcji książkowej przypomina według Reußa połowę XIX wieku, czyli czasy największego upadku czarnej sztuki.

Z jednej strony bowiem produkcja jest coraz tańsza, a presja ekonomiczna na wydawców coraz większa (ceny książek mają maleć, przy jednoczesnym spadku czytelnictwa). Z drugiej – co miłośników starych dobrych czasów może oburzyć – dzisiejsza technologia składu i projektowania jest przynajmniej równie dobra, jeśli nie lepsza[1] od tej, z której korzystali Gutenberg i Manucjusz. Na pewno jest za to szerzej dostępna i łatwiejsza do opanowania – demokratyzacja narzędzi niesie jednak zagrożenie w postaci upadku rzemiosła i fachowości. Każdy może zainstalować program do składu, czcionki są stosunkowo niedrogie (nie wspominając o sporej liczbie tych darmowych,  różnej jakości), a drukować da się nawet niskie nakłady. Zecerzy dawno przestali być potrzebni, a wraz z nimi umarły ich wiedza i doświadczenie (podobnie jak stanowisko redaktora technicznego w wydawnictwach).

Sytuację pogłębia nemesis autora książki, czyli publikacje elektroniczne (zarówno dokumenty HTML, jak i e-booki). Pisze on: „Nie da się zredukować tysiąca stron do dwudziestu podlinkowych atypograficznych jednostek tekstowych” (s. 11–12). Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest ukryta w tytule książki, który Reuß ukradł od Paula Valerego, który z kolei sparafrazował w ten sposób słynne zdanie Le Corbusiera o tym, że dom to „maszyna do mieszkania”. Wielowiekowa tradycja i praktyka uczyniły z książki najdoskonalszy sposób na przekazanie ludzkich myśli. To zaś, co czyni tytułową maszynę, to typografia, rozumiana szeroko, czyli jako cały proces projektowy od wyboru formatu, przez użycie odpowiedniego kroju pisma, do dbałości o introligatorskie wykończenie. Problem z dokumentami elektronicznymi jest zasadniczy: projektant na ich typografię ma wpływ minimalny. Mimo że postęp technologiczny pozwala na coraz więcej, to ciągle poza zasięgiem pozostaje sprawa tak podstawowa jak dobór szerokości kolumny (a co za tym idzie liczby znaków w wierszu), która w dużym stopniu zależy od wyświetlacza posiadanego przez czytelnika. Do wyobraźni przemawia również porównanie średniej rozdzielczości ekranów, która jest trzydziestokrotnie mniejsza od rozdzielczości druku, co w wypadku subtelnych kształtów liter ma niebagatelne znaczenie.

Co gorsza, autor dostrzega wpływ niskiej jakości cyfrowej produkcji na media drukowane. Często na kartach Perfekcyjnej maszyny pojawia się wątek upadku wydawnictw naukowych (także tych o największej renomie) i porównania ich dawnych publikacji z obecnymi produktami. Co ważne zwraca również uwagę na rolę czynników politycznych i ekonomicznych: oparcia finansowania o system grantowy (który faworyzuje tańsze rozwiązania, a jednocześnie eliminuje czynnik rynkowy – książka nie musi się sprzedać, więc po co płacić za jej profesjonalne wykonanie), redukcję etatów (redakcja, korekta, skład), zlecanie pracy na zewnątrz czy wreszcie prawne rozwiązania promujące to, co jest cyfrowe i „za darmo”. Mimo że autor zapewne nie zna specyfiki polskiego rynku, to bez problemu można te diagnozy i u nas zastosować – wystarczy przyjrzeć się ofercie naszych wydawnictw naukowych: książki są absurdalnie drogie, mają małe nakłady (i tak kupią je tylko biblioteki, są zupełnie poza obiegiem zwykłych czytelników), jednocześnie nie gwarantują żadnej jakości, mają brzydkie okładki i co całkowicie je pogrąża – są fatalnie złożone i wydrukowane na najtańszych materiałach. Na końcu równi pochyłej znajduje się według autora technologia (czy może raczej strategia marketingowa) druku na żądanie, który przekonuje, że: „przygotowanie książki nie ma żadnego znaczenia, a liczy się jedynie możliwie tani dostęp do tego, co [firmy] określają jako »content«” (s. 79).

Pytanie: czy mamy godzić się na „śmieciowy produkt za śmieciowe pieniądze”, nie pozostaje bez odpowiedzi. Jedną z nich jest według autora odpowiednia edukacja odbiorców – w innych branżach udało się ich przekonać, że pewne produkty są droższe, bo idzie za nimi jakość bądź dodatkowe wartości (np. żywność ekologiczna). Wielkie informatyczne korporacje (których Reuß wyjątkowo nie lubi) odpowiadają za brak świadomości w kwestiach typograficznych. Powiązanie niepoprawnego stosowania myślników czy apostrofów z celowym ogłupianiem społeczeństwa może nas trochę śmieszyć. Możemy się nie zgadzać z czarnowidztwem autora i wymienić sporo plusów procesu cyfryzacji, a wiele jego tez trudno zaakceptować bez dyskusji. Jednak zdaje się, że czytelnik nieposiadający typograficznej wiedzy, intuicyjnie wybierze książkę, która jest lepiej „zrobiona”: ma wygodniejszy format, duże marginesy, dobrze dobrane światła itd. Nie zanosi się też na to, że e-booki przejmą rynek książki drukowanej. Dla Reußa typografia ma charakter etyczny – na projektancie spoczywa odpowiedzialność, bowiem książka to schronienie dla ludzkich myśli i, choć zabrzmi to patetycznie, ludzkiego dziedzictwa (w przeciwieństwie do zawodnej sieci, którą można odłączyć od prądu, nie wspominając o łatwości w cenzurowaniu treści). Postawienie sprawy w taki sposób jest chyba największą zaletą Perfekcyjnej maszyny do czytania i może otworzyć oczy tym, którzy o książce często mają, w rozumieniu autora, złe mniemanie (właścicielom wydawnictw, dyrektorom finansowym, marketingowcom czy politykom). Dla tych lepiej usposobionych lektura będzie pożyteczną lekcją typograficznego rzemiosła, a co bardziej zaangażowani będą mogli zastanowić się, czy cyfrowe fonty powinniśmy rozpatrywać raczej według koncepcji Platona czy Arystotelesa.

Okładka książki „Perfekcyjna maszyna do pisania”

Roland Reuß, Perfekcyjna maszyna do czytania. O ergonomii książki, tłum. P. Piszczatowski, Kraków 2017 (Estetyka książki 2).


[1] O czym świadczy chociażby przewaga druku offsetowego nad składem ręcznym. Ten drugi pozostawia relief w papierze, który utrudnia czytanie (walczył z nim chociażby Baskerville, który po druku prasował arkusze). Co ciekawe autor wyśmiewa obecną modę na tzw. letterpress, czyli druk wypukły (często przy użyciu czcionek z tworzyw sztucznych), który jest oferowany jako lepszy i bardziej wykwintny (a także droższy). Ponadto sugeruje on powiązanie tej mody z fetyszyzującą dizajn korporacją Apple (s. 15).

Grzegorz Fijas
Projektant, grafik, pasjonat typografii, z wykształcenia edytor.